Na końcu świata i jeszcze kawałek dalej

Fot. Agata Komosa
Jestem w centrum Dżakarty, na zegarze 22:00 czasu indonezyjskiego. Od poniedziałku od czwartej rano marzę o łóżku. Po 13-godzinnym locie tak spuchłam, że wyglądam jak ludzik Michelin. Temperatura wynosi jakieś 28 stopni - to 25 stopni różnicy względem tego, jak było w Polsce, gdy wylatywałam. Dotarcie do Indonezji jest męczące.

Żeby dotrzeć na Jawę, musiałam z Polski dolecieć do Amsterdamu, a następnie ze stolicy Holandii polecieć do Dżakarty. To i tak nieźle, jeśli spojrzeć na 50-godzinną podróż Krzyśka Majaka na Filipiny.
Dotarłam do stolicy Indonezji z jedną tylko przesiadką. Z Holandii leciałam liniami lotniczymi Garuda, które jako jedyne w Europie oferują bezpośrednie połączenie z Dżakartą.

Na miejscu spotkałam się z prezesem tych linii - podobno na poważnie zastanawiają się tutaj nad stworzeniem z Polski portu lotniczego, z którego miałyby odlatywać samoloty do Azji. Sęk w tym, że Garuda stawia przede wszystkim na klasę biznes i pierwszą, które są naprawdę fantastyczne (dostąpiłam zaszczytu zobaczenia tych pomieszczeń), lecz także piekielnie drogie. Przeciętny pasażer nie za bardzo więc na tym skorzysta.
Na razie większość ruchu lotniczego wyrabiają Indonezyjczycy i mieszkańcy okolicznych państw. Indonezja składa się z 17 tys. wysp, bez samolotów trudno byłoby się tu przemieszczać. Tutejsze linie lotnicze muszą radzić sobie z czarnym PR-em. Po katastrofach samolotów Air Asia i Air Malaysia azjatycke połączenia nie cieszą się dużym zaufaniem Europejczyków. Tutejsze linie lotnicze bardzo to odczuły. Wiele z nich zbankrutowało.

Nieustanny lot z Amsterdamu do Dżakarty z pewnością ma swoje plusy. Ja nadrobiłam zaległości filmowe („Interstellar”, „Teoria wszystkiego”, „Frozen”) i doszłam do perfekcji w osiąganiu stanu hibernacji oraz ograniczenia doznawania wszelakich bodźców, w tym bólu pleców. Nasz samolot wyglądał, jak mała sala gimnastyczna, ale muszę powiedzieć, że spodziewałam się bardziej traumatyczych przeżyć.

Dżakarta przywitała mnie upałem i ulewą.
Trafiłam na przełom pory deszczowej i suchej. Deszcze w Dżakarcie to prawdziwe przekleństwo. Holendrzy chcieli robić tu drugi Amsterdam, więc wybudowali mnóstwo kanałów, które nie są wskazane dla miast w takim klimacie. Polski Ambasador Tadeusz Szumowski pokazał mi zdjęcia, które zrobił raptem dwa tygodnie temu. Ulice wyglądały jak rwące potoki.

Indonezyjczycy są bardzo gościnni, do tego stopnia, że od przylotu do wieczora podjęto mnie czterema obiadami. Obawiam się, że do powrotu zwiększę swoją objętość dwukrotnie.

Są też bardzo przezorni, po zamachu na Bali i tym w hotelu Marriott w Dżakarcie skanują bagaże i przepuszczają turystów przez specjalne bramki przed każdym hotelem, ministerstwem czy większą instytucją. Warto też podkreślić, że tutejszy rząd i społeczeństwo nie akceptują tego typu aktów terroryzmu. Po wybuchach na Bali sprawcy zostali bardzo szybko złapani i straceni. Ten akt zyskał wielkie społeczne poparcie.

Mieszkam w samym centrum miasta w hotelu Borobudur. Z okna widzę największy meczet (zaprojektowany przez katolika) i największą katedrę.
Podobno wpisały się tutaj na dobre w obraz miasta i nie kłują w oczy przedstawiciela żadnej religii.

Zmrok zapada tu bardzo szybko, jakby ktoś wyjął wtyczkę z kontaktu. Myślę, że podobnie będzie ze mną, gdy po podróży położę się w końcu do łóżka.
Trwa ładowanie komentarzy...