Chaos, korupcja i wielkie nierówności społeczne – Dżakarta jest ponoć jak cała Indonezja

Fot. Agata Komosa
Na pierwszy rzut oka widać, że Dżakarta nie uznaje stanów pośrednich. W mieście są albo gigantyczne wieżowce, które mieszczą luksusowe hotele, siedziby międzynarodowych firm i apartamenty najbogatszych i małe rozpadające się chatki całej reszty. Budynki o tzw. średnim standardzie można policzyć na palcach jednej ręki.

Gigantyczne dysproporcje, to moja pierwsza obserwacja ze stolicy Indonezji. Najbogatsi mają oddaną służbę, która do obiadu podaje ciepłe wilgotne ręczniki i rozkłada serwetki na kolanach (jadłam obiad w takim miejscu, trauma), ci biedniejsi z kolei, zamiast ciepłych mokrych ręczników korzystają z wody w brudnym kanale, do którego zresztą wyrzucają swoje śmieci.

W Dżakarcie nie można się spóźnić
Miasto jest przeludnione, podobnie jak cała Indonezja. I mieszka tu większość Indonezyjczyków z całego kraju. Chcą tu pracować, walczą o lepsze życie. Dżakarta należy do najbardziej zakorkowanych miejsc na świecie. O ile nie jest liderem w tej rywalizacji. Nie ma możliwości wyjechania na ulicę i nietrafienia na korek.
Od mieszkańca miasta dowiedziałam się, że z tego powodu bardzo wyrozumiale podchodzi się tutaj do spóźnień. Tak naprawdę nikt tu nie umawia się na konkretne godziny. Polski ambasador powiedział mi, że nikogo nie dziwi tu, gdy umówiony z nami człowiek spóźni się godzinę albo dwie. Albo w ogóle nie przyjedzie, cóż, najwidoczniej nie mógł się dostać. Z tego względu inaczej postrzega się tutaj czas i odległości. Taka, którą wczoraj pokonaliśmy w 15 minut, jutro możemy przemierzyć w dwie godziny. Nie ma reguły.
Władze miasta starają się ograniczyć ten dziki ruch uliczny. W godzinach szczytu panuje zasada trzy w jednym. Od godziny 8.00 do 10.00 kierowca nie może być w aucie sam. Musi mieć co najmniej dwóch pasażerów. Jeśli nie dostosuje się i złapie go policja (a tej jest na mieście bardzo dużo, bo kierują ruchem) to dostanie mandat. Nie ma przebacz. Poza tym nieprawdopodobna liczba samochodów i skuterów powoduje straszny smog. Wiele osób chodzi tu w specjalnych maseczkach.Na ulicy rządzi prawo silniejszego. Klaksony słychać non stop, a między samochodami, jak ławice małych rybek, mkną skuterzyści, najczęściej w grupie, prawdopodobnie po to, by mieć jakąkolwiek siłę przebicia. Popularne są też tuk tuki, które przepychają się między samochodami. Jeśli ktoś ma duży samochód, to musi uważać, gdy otwiera drzwi na ulicy, jest 90 proc. szans na to, że uderzy w skuterzystę lub tuk tuk.
Pismo nosem
Dżakarta to miasto bardzo charakterystyczne zapachowo. Na ulicach, nie ma co owijać w bawełnę, śmierdzi. W pomieszczeniach "elitarnych" , jak ministerstwa, ambasady, hotele, giełda, restauracje jest tak naperfumowane, że aż drapie w gardle. I wszędzie stoją żywe kwiaty. Dżakarta oddycha więc dwoma różnymi powietrzami.
Dżakarta od kuchni
Na ulicach rozstawiają się kupcy i kucharze. Jeśli posiadasz stół na kółkach i produkty, z których możesz coś przyrządzić – masz własną gastronomię. Ja się jeszcze nie odważyłam zjeść z takiego stoiska. Kucharze nie mają dostępu do bieżącej wody, często wokół ich stanowisk pracy leżą góry śmieci, czasem fekalia. Biedota buduje się nad kanałami. Trzeba być blisko wody, bo ona jest źródłem życia. – Jednak ta tutaj głównie źródłem zatrucia – tłumaczy polski ambasador Tadeusz Szmowski. Choroby wśród najbiedniejszych szerzą się więc na potęgę.
Jadłam natomiast w najbardziej tradycyjnej restauracji podającej tylko lokalne dania. O ile głowa ryby czy mózg krowy nie za bardzo mnie przekonały, to danie randang czyli wołowina duszona przez kilka godzin z wiórkami kokosowymi była objawieniem. Ta potrawa ma w zasadzie konsystencję musu i podobno została nazwana przez stację CNN najlepszym daniem świata. Ja raczej do tego tytułu nominowałabym ruskie mojej babci Stefanii, ale randang znalazłoby się na pewno w czołówce zestawienia.
Wszystko zostaje w rodzinie
Spotkałam się też dzisiaj z prezesem indonezyjskiej giełdy, panem Ito Warsito. Giełda działa od 1977 roku, ale cały czas nie ma tylu spółek ile, by sobie życzyła.

Indonezyjczycy boją się inwestować, a większość po prostu nie ma z czego, choć akcje są tanie. Giełda utrzymuje się w dużej mierze na zagranicznym kapitale, dlatego nie jest stabilna. Jeśli obce spółki wycofałyby z obrotu swoje akcje, to niewiele by tu zostało. Dlaczego rodzime firmy nie inwestują?
– Wie pani, tutaj w dużej mierze mamy firmy rodzinne, a one nie chcą być transparentne. Tu prowadzi się trzy księgi podatkowe – jedną dla rządu, drugą dla rodziny, a trzecią dla siebie – tłumaczy mi Ito Warsito.

Dla spółek notowanych na giełdzie przewidziane są ułatwienia. Nie muszą się obawiać dodatkowego audytu, co spotyka firmy rodzinne.

Jednak państwo ma generalnie problem ze ściąganiem podatków, dowiaduję się, że płaci je tutaj... 13 proc. zobligowanych!
Kolejnym problemem jest korupcja i nepotyzm, z którymi sobie ponoć i tak już radzą. Jeszcze kilka lat temu załatwienie czegokolwiek w urzędzie bez posmarowania komu trzeba było niemożliwe. W Indonezji powstał specjalny urząd antykorupcyjny, jednak w tym momencie, jego głównym zadaniem nie jest walka z korupcją, ale wyciąganie haków na przeciwników politycznych, dowiaduję się od polskiego ambasadora. Skądś to znamy...

Miasto opiera się na kontrastach, nie ma tu wartości pośrednich. A najwyraźstrzym tego przykładem, choć nie było to zapewne założeniem twórców, jest Pomnik Narodowy. Nad miastem, które nie radzi sobie z powodziami, biedą, śmieciami, korkami i nawet architekturą, góruje 132 metrowa wieża. Na jej czubku umieszczono 50 kg prawdziwego złota.
Trwa ładowanie komentarzy...